czwartek, 10 marca 2016

Relacja z PŚ w Wiśle!

Witajcie!

Przybywam do Was z notką, która mam nadzieję, że Wam się spodoba. Czym w końcu byłby ten blog bez niezwykle subiektywnych relacji? Niczym, zapewne już by nie istniał. Istnieje jednak i mimo, że nie dzieje się tu zbyt wiele to przekroczyliście 10 tysięcy wyświetleń! Dziękuję Wam za to bardzo mocno, przesyłam uściski, buziaki, czy co tam sobie życzycie. Nie przedłużając, Puchar Świata oczami Zuzi czas zacząć!

W Wiśle pojawiłam się standardowo w dniu kwalifikacji. Rano byłam jeszcze na wykładzie z matematyki (ach te macierze), więc wyjechałam później niż zwykle i zamiast standardowo pociągiem pojechałam pksem. Był to ogromny błąd, ponieważ zapłaciłam 2 razy tyle, na nogi miałam dosłownie milimetr miejsca, moja walizka niebezpiecznie kolebała się na siedzeniu, a podróż okazała się równie długa co osławionymi Kolejami Śląskimi. Nigdy więcej nie zamierzam popełnić tego błędu. Na szczęście im dalej od Katowic, tym bardziej udzielała mi się ekscytacja na myśl o kolejnym spotkaniu ze skoczkami. Czułam się trochę jakbym jechała na LGP, bo pogoda była naprawdę ładna, a na horyzoncie nie było widać ani grama śniegu. Trochę obawiałam się, że na skoczni może wyglądać to podobnie, ale na szczęście nie było tak źle. 

Podekscytowania dodawał mi jeszcze jeden fakt. Dzień wcześniej dowiedziałam się, że moje koleżanki z redakcji umówiły się na wywiad z amerykańskimi skoczkami i istniała spora szansa, że jeśli dojadę na czas to również wezmę w nim udział. Rozumiecie zatem dlaczego było mi tak śpieszno do Wisły. Na szczęście moc była ze mną i trochę przed 12 byłam już w Wiśle i po krótkiej rozmowie z właścicielką mojej kwatery szybciutko udałam się do Hotelu Gołębiewskiego, gdzie miał odbyć się wspomniany wywiad. Szczerze nienawidzę tego, że trzeba się tam wysoko wspinać, a śpieszyłam się tak strasznie, że do lobby dotarłam praktycznie ledwo żywa. Chyba muszę popracować nad kondycją :D Pominę już to, że gdy byłam cała czerwona na twarzy minął mnie cały niemiecki team i spiekłam jeszcze większego buraka. Tak jak wspominałam, moc tego dnia była jednak ze mną, bo na wywiad zdążyłam i nim dołączyłam do koleżanek udało mi się jeszcze złapać na wspólne zdjęcie Michaela Hayboecka.


Nasi rozmówcy, Kevin Bickner i William Rhoads, pojawili się jakieś 20 minut po moim przybyciu. Zdążyłam więc spokojnie przyswoić sobie pytania i dogadać się z Kingą, żebyśmy zadawały je na przemian. Wiedziałam doskonale, że będę musiała zaglądać do kartki, ale zależało mi strasznie by po raz pierwszy sprawdzić się w wywiadzie po obcym języku. Dotąd rozmawiałam tylko z Polakami, więc  trochę się bałam, że się zatnę albo nie zrozumiem czegoś, co będą mówili. Okazało się jednak, że nie taki diabeł straszny jak go malują. Z Kevinem i Willem rozmawiało nam się świetnie, dzięki temu, że było ich dwóch mogli bez problemu dopełniać swoje wypowiedzi, co zredukowało momenty niezręcznej ciszy do minimum. Po wszystkim zrobiłyśmy sobie z nimi zdjęcie, które strasznie mi się podoba i w najbliższym czasie zawiśnie u mnie w pokoju oprawione w ramkę. Cały wywiad już za niedługo pojawi się na SKOKInews.com, gdzie możecie czytać także inne moje artykuły i felietony.

Od lewej: Will, Kinga, ja, Kevin

Niedługo po wywiadzie całą ekipą udałyśmy się na skocznię, by dopingować naszych ulubieńców na treningach i kwalifikacjach. Na ten dzień miałyśmy sektor A4, dla osób, które się nie orientują jest to wyższy z sektorów obok którego przechodzą skoczkowie po każdym oddanym skoku. Innymi słowy, jest to idealne miejsce na zbieranie autografów i robienie zdjęć. To właśnie było moim głównym celem, zwłaszcza, że wtedy jeszcze myślałam, że jest to mój pierwszy i ostatni dzień na skoczni, jako że nie miałam biletów na kolejne dni. Jak na trzy serie skoków to udało mi się zebrać całkiem dużo, bo ponad 30 podpisów i zrobić kilkanaście dobrych zdjęć. Nie pokażę wam wszystkim, bo niestety niektóre są rozmazane, zapewne z powodu padającego deszczu i problemów z dobrym ustawieniem się. Ochrona nie popisała się w tym roku, bo po pierwszym treningu kazała wszystkim zająć miejsca siedzące. Tym samym straciłam bardzo dobre miejsce, które akurat miałam. Nie poddałam się jednak i po prostu weszłam trochę wyżej, gdzie ochrona udawała, że nic nie widzi lub po prostu nie chciało jej się przychodzić strofować ambitnych kolekcjonerów. Musicie wiedzieć, że balansowanie na cienkim murku jakieś półtora metra nad ziemią nie jest niczym przyjemnym. Czego się jednak nie robi dla skoczków! Po zakończonych kwalifikacjach zrobiłam jeszcze szybkie selfie z Maćkiem Kotem.












Piątek przywitał nas słońcem, toteż w dobrych nastrojach opuściłyśmy naszą kwaterę, by na spokojnie przejść się po mieście. Oczywiście mądra Zuzia nie wysuszyła sobie dobrze głowy, co odbija się na mnie teraz, albowiem od przyjazdu okropnie boli mnie gardło. Za błędy się płaci :) W planach miałyśmy konkurs dzieci na skoczniach w centrum Wisły, jednak został on odwołany toteż skierowałyśmy nasze kroki w stronę hali. Okazało się to świetną decyzją, ponieważ byli tam skoczkowie, a dokładnie kadra Kazachstanu i Vladimir Zografski z Bułgarii. Oczywiście nie mogłyśmy nie skorzystać z okazji i cyknęłyśmy sobie pamiątkowe fotki, bo co jak co, ale złapanie całego teamu naraz jest zwykle bardzo trudnym zadaniem. W Wiśle nie ma jednak rzeczy niemożliwych i za to kocham to miejsce.



Później rozpoczął się prawdziwy szał. Właściwie co pół godziny przyjeżdżała kolejna reprezentacja. W myśl zasady "a po co się ograniczać" zgarniałyśmy do zdjęć całe teamu. Może i nie było to trudne przy Włochach i Francuzach, jednakże z zebrania Austriaków jestem strasznie dumna. Nie dokonałabym jednak tego, gdyby nie Michael, który umiejętnie poinformował wszystkich o naszej prośbie. Tym samym moja kolekcja wzbogaciła się o zdjęcie marzenie, nadal nie mogę uwierzyć, że udało mi się je zrobić. Mam ogromny dług u Michaela, muszę mu się kiedyś odwdzięczyć. A samo zdjęcie wyląduje u mnie na ścianie w jak największym możliwym formacie.




Na hali pojawili się też uwielbiani przeze mnie od lat Polacy, z którymi również nie mogłam sobie odmówić przyjemności zrobienia kolejnych zdjęć. Niestety nie udało mi się ich zgarnąć do grupowej fotki, pozostaje to na razie w sferze moich marzeń, ale może kiedyś uda mi się je spełnić.Szczególnie cieszę się ze zdjęcia z Andrzejem Stękałą, który, jak dobrze wiecie, jest moim ulubionym skoczkiem. Wszelkie braki w kwestii zdjęć czy autografów naszych reprezentantów nadrobię pewnie na MP, o ile się odbędą. Do zdjęć złapałam jeszcze Czechów Jakuba Jandę i Romana Koudelkę oraz Norwega Daniela Andre Tande.







Najlepsze miało jednak dopiero nadejść. Jako ostatni na hali pojawili się Niemcy. Od razu wiedziałyśmy, że naszym celem jest ustawić ich wszystkich do zdjęcia. Udało się! No dobra, prawie się udało, bo zdjęcia zdążyłam zrobić tylko ja. Tuż po tym kochani skoczkowie zwinęli się i prędko odjechali swoim busem. Cała sytuacja była jednak na tyle komiczna, że jestem w stanie wybaczyć im olanie reszty kibiców. Panowie średnio ogarnęli sytuację i chyba myśleli, że chcemy zrobić zdjęcie tylko im, co sprawiło że spojrzeli się na mnie dość dziwnie, gdy strategicznie wmanewrowałam się w środek. Przedziwnie zachowywał się Stephan Leyhe, cały czas robił śmieszne miny, które na szczęście zostały uwiecznione, a Andreas Wellinger dosłownie darł się "gruppen foto". Na dodatek, zapomnieliśmy o Freundzie. Lider ekipy przyleciał tuż po tym jak zapozowałam do zdjęcia i chciałam zwolnić miejsce. Na szczęście zostałam przed tym powstrzymana. A jakby jeszcze tego było mało, zasłoniłam Freitaga. Paranoja, coś czuję, że nigdy tego nie zapomnę! Kolejny raz sprawdziła się jednak jedna rzecz: mam więcej szczęścia niż rozumu :D


Pod skocznię udałyśmy się nadal rozemocjonowane udanymi polowaniami, jednak w nasze, a przynajmniej moje serce wkradał się powoli żal, że mimo najszczerszych chęci nie wejdę na skocznię. Los jednak znowu się do mnie uśmiechnął i po dłuższym zastanowieniu kupiłyśmy bilety na sektor A8. Zadowolone tym, że znalazłyśmy się na skoczni, postanowiłyśmy zrobić coś czego jeszcze nigdy nie robiłyśmy, a mianowicie plakat dla skoczków. Padło na Amerykanów, jako że miałam już ułożone dość chwytliwe hasło dla nich. Chociaż cały pomysł realizowany był na wariackich papierach, został przyjęty z entuzjazmem przez Kevina i Willa, którzy podeszli nam podziękować i zrobić zdjęcie naszego dzieła. Ono samo natomiast wróciło z nami z Wisły i zajmuje zaszczytne miejsce w pokoju Wiki. Tego dnia nie robiłam żadnych zdjęć, zebrałam jednak sporo kartek, które zasiliły moją wymianę, którą w najbliższym czasie zamierzam zaktualizować. Konkurs był oczywiście świetny, nie byłam jednak w stanie wystarczająco się nim ekscytować, a to przez straszną mgłę, która zmniejszała pole widzenia skoczka właściwie tylko do lądowania.

Sobotni konkurs, czy bardziej oczekiwanie na niego także spędziłam na skoczni. Nie kupowałam jednak biletów, otrzymałam je od kogoś bardzo dla mnie ważnego. Nie zamierzam jednak pisać kto to, niech pozostanie to moją słodką tajemnicą. Nie wiem jak wyglądało to w telewizji, ale w Wiśle już od rana było czuć, że mogą być problemu z konkursem. Wiało naprawdę strasznie, do końca miałam jednak nadzieję, że wiatr ustanie na sile i pozwoli na oddawanie skoków. W tym, że zawody zostaną odwołane utwierdziłam się widząc jak skoczkowie nieśpiesznie przemieszczają się wzdłuż barierek, rozdając autografy i robiąc zdjęcia. Widać było, że nigdzie się nie śpieszą, toteż kolejne informacje o opóźnianiu startu pierwszej serii były przeze mnie witane z całkowitym spokojem. Tego dnia zrobiłam kilka zdjęć, w tym ogromnie dla mnie cenne selfie z Peterem Prevcem. Zawodnik ten jest dość ciężki do złapania na zawodach, toteż naprawdę zaskoczyło mnie jego zachowanie w Wiśle, gdzie praktycznie cały weekend cierpliwie rozdawał autografy i pozował do zdjęć. Mógłby tak częściej :)








Po ostatecznym odwołaniu konkursu udało mi się też zgarnąć dwie wspaniałe pamiątki: akredytacje Karla Geigera i Ulricha Wohlgenannta. Nie mam ich zbyt wiele w swojej kolekcji, toteż cieszą mnie one niezmiernie i zajmują zaszczytne miejsce w mojej kolekcji, Na pewno zabiorę je ze sobą na LGP lub inne letnie zawody, by je podpisać. 


W tym miejscu kończę moją relację. Mam nadzieję, że was nie zanudziłam. Następny taki post pojawi się pewnie dopiero w lecie. Ach szkoda, że sezon nie trwa cały rok, a światowa czołówka nie wita do nas co 2,3 tygodnie. Nie można jednak mieć wszystko, zwłaszcza gdy już ma się dużo. Tym oto filozoficznym akcentem żegnam się z Wami. Do następnego razu!

Trzymajcie się,
Zuzia


8 komentarzy:

  1. Bardzo fajna relacja! Gratuluję Ci przede wszystkim wywiadu i grupowych zdjęć, sama planuje powalczyć o takie w lecie ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo fajnie napisana relacja :) gratuluję serdecznie pobytu i udanych łowów :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetna relacja. Szkoda, że tak rzadko publikujesz na blogu.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  5. Świetna relacja, a sytuacja z Niemcami naprawdę komiczna ;)
    Serdecznie zapraszam na mojego nowego bloga i liczę na dodanie do ulubionych ;)
    http://skijumpingautographs.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  6. Jak to czytam jestem cała w skowronkach... To co opisujesz, każda jedna sytuacja, historia, każde zdjęcie i autograf to nie owijając w bawełnę spełnienie moich najskrytszych marzeń, chciałabym choć raz przeżyć to co Ty. Biegać za skoczkami :) chodzić w miejsca gdzie sie pojawiają rozmawiać z nimi prosić o autografy i zdjęcia itd Pewnie wybierasz sie na LPG do Wisły, rozważasz może możliwość wspólnego wyjazdu i wprowadzenia mnie w świat skoków? Pozdrawiam serdecznie Monika

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej!
      Odezwij się proszę do mnie na facebooku - Zuzanna Wydera albo instagramie. Pomyślę jak i kiedy Cię przygarnąć na zawodach :)

      Usuń
  7. oooo laska, ależ ja Ci zazdroszczę :D. Nie da się ukryć, że w skokach jestem po uszy zakochana i moim marzeniem jest kiedyś pojechać na zawody i... i z nimi wszystkimi rozmawiać. Jeju <3 kiedyś na pewno mi się uda!!! Mam tylko 2 pytanka: jak z nimi wszystkimi porozmawiać, gdzie chodzić, żeby się z nimi spotkać? Drugie pytanie: skąd wytrzasnęłaś tą czapkę?
    A to na zakończenie walnę Ci jeszcze jedno pytanko (a co?) - dlaczego przestałaś pisać? Trafiłam tu dopiero teraz i już widzę, że masz talent do pisania i bardzo fajnie się Ciebie czyta. Wróć :)
    No i oczywiście lecisz do obserwowanych moja droga :*. Pozdrawiam!!!

    OdpowiedzUsuń