poniedziałek, 1 lutego 2016

Wróciłam + relacja z PŚ w Zakopanem cz.1

Hej!

Tak wiem, długo mnie tu nie było. Podejrzewam, że większość nie liczyła już na mój powrót. Nie mogę też obiecać, że już więcej nie zniknę. Życie na studiach jest jednak zupełnie inne niż w szkole. Wymaga większej dyspozycyjności. Codziennością stało się dla mnie wychodzenie z domu o 6:30 i wracanie po 18. Kilkugodzinne okienka także nie przerażają już tak bardzo jak na samym początku. Zaliczyłam też pierwszą sesję. Na szczęście miałam na niej tylko jeden egzamin, z marketingu, który udało mi się zdać w pierwszym terminie. Tuż po tym udałam się na odpoczynek do Zakopanego. Był to mój pierwszy raz w tym mieście, więc postanowiłam napisać wam małą relację z tego wyjazdu. Mam nadzieję, że się wam spodoba. Miłego czytania!


Do Zakopanego przyjechałam 19. stycznia. Razem z Wiktorią zdecydowałyśmy się na wcześniejszą podróż, by na spokojnie pozwiedzać nim zacznie się szał związany ze skokami. O dziwo droga minęła nam naprawdę sprawnie i szybko, zakopianka nie jest jednak aż tak zakorkowana. Możliwe też, że pomogło to, że podróżowałyśmy we wtorek. Na miejscu znalazłyśmy się około godziny 13. Szybki przejazd do pokojów gościnnych, gdzie spałyśmy, rozpakowanie się i można ruszać w miasto. Z naszego ośrodka do centrum jest około pół godziny pieszo, ale strasznie mi się tam podobało i na pewno nie zamieniłabym go na zapchany hostel przy Krupówkach. No może z jednym wyjątkiem :) 



Samo miasto zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Dawno już nie widziałam tylu turystów. Mekka sportów zimowych jest w istocie obleganym miejscem, nie tylko przez narciarzy czy turystów górskich, ale też osoby poszukujące relaksu w pięknych okolicznościach przyrody. Wisła wydaje się w porównaniu do Zakopanego martwa, nawet podczas szczytu sezonu. Zako ma jednak jedną ogromną wadę - strasznie tam drogo. Odżywianie się przy ograniczonych funduszach sprawia tam naprawdę sporo trudności. Podejrzewam, że gdyby nie robienie zakupów w biedronce to mogłoby być z nami naprawdę krucho. 


Pierwsze 2, 5 pół dnia w Zimowej Stolicy Polski nastawione były w naszym przypadku na zwiedzanie. Przeszłyśmy całe Krupówki wzdłuż i wszerz, wjechałyśmy na Gubałówkę (Polecam! Ceny znacznie niższe niż w centrum, a jakie widoki), byłyśmy pod Średnią Krokwią i jej mniejszymi siostrami. Niestety Wielka Krokiew była zamknięta dla zwiedzających aż do niedzieli włącznie. Gdy jednak skoczkowie zaczęli powoli pojawiać się w Zakopanem, nasze myśli biegały już tylko wokół jednego tematu.



Pierwszych skoczków spotkałyśmy już w czwartkowy wieczór. Tego dnia odbywał się trening Polaków na Wielkiej Krokwi. Mimo, że nie mogłyśmy wejść na obiekt stałyśmy pod bramą, obserwując skoki. Obiecano nam, że zawodnicy wyjdą do nas po treningu. Niestety nie okazało się to prawdą, ale myślę, że żadna z nas nie żałuje tych kilku godzin koczowania na przeraźliwym zimnie. W pewnym momencie pod skocznią pojawili się Szwajcarzy: Luca Egloff, Pascal Kaelin i Gregor Deschwanden. Udało nam się zrobić z nimi grupowe zdjęcia, co bardzo mnie ucieszyło, bo jakoś nie miałam do nich szczęścia przy poprzednich konkursach. W okolicy skoczni biegał też Simon Ammann. Gdy zawołałyśmy go po imieniu zatrzymał się i z wielką cierpliwością rozdawał autografy i robił zdjęcia, mimo że tłum wokół niego gęstniał z każdą minutą. 



Zmęczone czekaniem na Polaków udałyśmy się na krótki spacerek w stronę hotelu skoczków. Głównie podyktowany on był tym, że nogi zmarzły nam tak strasznie, że nie umiałyśmy na nich ustać. Chciałyśmy też jakoś potwierdzić informacje o przebywaniu zawodników w Hyrnym, nie jak w poprzednich latach w COSie. Gdy tylko zauważyłyśmy kilkanaście fanek ruszyłyśmy w przeciwnym kierunku, pewne, że domem na najbliższe dni dla skoczków stał się właśnie Hyrny. Na skoczni nadal trwał trening, więc cierpliwie czekałyśmy na jego zakończenie. Niestety nasze poświęcenie nie zostało docenione. Tuż po treningu skoczkowie odjechali każdy swoim autem, nie zatrzymując się dla kibiców. Trudno, najwidoczniej nie byli w nastroju. Polaków spotykam co najmniej kilka razy w roku, mogę z jednych zawodów wrócić z pustymi rękami. Pełne nadziei, że jeszcze kogoś spotkamy, udałyśmy się kolejny raz w kierunku hotelu.

Nagle naszym oczom ukazał się dość szybko truchtający mężczyzna w pomarańczowej kurtce z napisem Norge. To było jak impuls, beż żadnego umawiania się szłyśmy szybciej i szybciej aż w końcu zaczęłyśmy za nim biec. Uwierzcie mi, jestem ostatnią osobą, która biegłaby za skoczkiem. Naczytałam się jednak wystarczająco dużo o tym, jak trudno jest w Zakopanem o autografy. Myślę, że to właśnie zadecydowało o tym, że złamałam trochę moje święte zasady o nieprzeszkadzaniu skoczkom. Złapany przez nas Norweg okazał się Andreasem Stjernenem, co bardzo mnie ucieszyło, bo miałam dla niego zdjęcia do podpisu. Chyba nie zdenerwowało go to, że mu przeszkadzamy, bo z uśmiechem podpisał nam wszystko, co chciałyśmy, zrobił z nami zdjęcia, a na pożegnanie życzył nam udanego weekendu po czym pobiegł w stronę hotelu. Podążyłyśmy jego śladem, tym razem jednak bez pośpiechu. Cel w końcu został już osiągnięty.


Pod hotelem nie działo się nic ciekawego, więc nie stałyśmy tam długo. W międzyczasie widziałyśmy kilku Słoweńców i Rosjan udających się pojedynczo lub w parach pobiegać. Żaden jednak nie zatrzymał się dla kibiców. Udałyśmy się zatem do naszego ośrodka, by wyspać się przed następnymi pełnymi emocjami dniami.

Piątek w Zakopanem rozpoczęłyśmy od wczesnej pobudki. Według informacji uzyskanych dzień wcześniej od znajomego skoczka, w COSie miały odbywać się treningi na hali. Gdy pojawiłyśmy się na miejscu, trening już trwał. Nie wiedziałyśmy, czy możemy wejść go obserwować, więc usiadłyśmy w recepcji. Dziwnym trafem zasiedziałyśmy się tam tak bardzo, że gdy Polacy zaczęli opuszczać całą grupą COS byłyśmy kompletnie nieprzygotowane i w rezultacie nam zwiali. Chyba nie mamy szczęścia :D Szybko po nich przyjechali jednak Norwegowie, co poprawiło nam humory.

Tym razem nie chciałyśmy przegapić szansy, więc gdy tylko zbliżyła się godzina zakończenia treningu, ustawiłyśmy się na dworze przy wyjściu. Podejrzewam, że skoczkowie obserwowali nas przez okna, bo pojawili się dwójkami, co znacznie ułatwiło nam podążanie za kolekcjonerskim szałem. Jaki pierwsi wyszli Kenneth i Joachim. Osoby, które śledzą mój instagram widziały pewnie sklejkę z Norwegami z okazji MŚ w Lotach, gdzie żałowałam, że nie mam z nim zdjęcia. Zrobienie go było jednym z moich celów na ten wyjazd i ogromnie się cieszę, że udało mi się go spełnić. Cieszę się, że na zdjęciu jest też Joachim. Bardzo go lubię, a nie miałam okazji zrobić z nim zdjęcia. Udało mi się zdobyć też autografy od obydwóch zawodników, które na pewno kiedyś pojawią się na blogu.


Kolejni z COSu wyszli Daniel i Johann. Niestety ze względu na to, że miałyśmy z Wiki jeden marker nie zdołałam podejść do Forfanga toteż uciekła mi szansa na kolejny autograf i zdjęcie. Nie żałuję jednak podejścia najpierw do Daniela, bo strasznie mi się podoba moje zdjęcie z nim. Podziwiam również zaangażowanie Tande w ukrycie za plecami reklamówki z biedry. Tak jakbyśmy nie wiedziały, że tam kupują :D Nick Alexander zachwycał się na przykład na snapie ciastami z dokładnie tego sklepu. Autograf Daniela również znalazł się w mojej kolekcji.


Kiedy już pomęczyłyśmy Norwegów, poszłyśmy w stronę hotelu, jednak nie spotkałyśmy nikogo. Udało jednak mi się kupić polski szalik, który uważam za bardzo dobrą inwestycję, ponieważ grzał mnie w gardło, dzięki czemu nie wróciłam do domu chora. Na dodatek jego druga strona znacznie odbiega od standardowych szalików. Kiedyś wam go pokażę. Po wszystkim wróciłyśmy do pokoju, by coś zjeść i zabrać rzeczy - flagę i wianki, które mamy ze sobą na każdych zawodach. Tym razem jednak zamiast na głowie miałyśmy je owinięte przy rękawach kurtki. 

Jeżeli chodzi o same skoki to wszystkie konkursy obserwowałam zza ogrodzenia. Już dawno postanowiłam, że nie kupuję biletów na PŚ. Podyktowane jest to głównie kwestiami finansowymi. Jeżdżę na wiele konkursów i jeżeli teraz wydałabym 150 zł na bilety to musiałabym zrezygnować z kolejnych zawodów. Udało nam się znaleźć naprawdę dobre miejsce, gdzie widziałyśmy całą skocznię i wszystko słyszałyśmy (prawie, przy wuwuzelach jest to naprawdę trudne). Atmosfera również była świetna, wokół stali kibice identyczni jak my, a gdy zrobiło nam się zimno mogłyśmy w każdej chwili się przejść, a nawet wrócić do pokoju po zapomnianą rzecz. Nie żałuję tej decyzji i myślę, że powtórzę ją w Wiśle  z wyłączeniem kwalifikacji, na które mam bilety. 

Nie będę przytaczać wam wyników kwali, na pewno znacie je doskonale. Dodam jednak, że strasznie cieszyły mnie dobre skoki Polaków. Biało czerwona kraina czarów podziałała i wyczarowała naprawdę dobre wyniki. Cieszyły mnie zwłaszcza genialne próby Andrzeja Stękały. Chyba muszę wziąć się za notkę na jego temat, bo to co się dzieje w tym sezonie z tym utalentowanym chłopakiem przechodzi moje najśmielsze oczekiwania. Jeżeli chodzi o tą notkę to w tym momencie ją zakończę, bo zrobiło się strasznie rozwlekle i mało treściwie. Jutro druga część, a w niej to co lubicie najbardziej: akcje spod hotelu, Morskie Oko i plotki, dużo plotek. Będzie się działo :)

Trzymajcie się
Wasza powracająca Zuzia








4 komentarze:

  1. Oj długo,bardzo długo. Zapraszam do obserwacji. :*
    Miłego wieczoru. :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Fajnie, że wróciłaś :) Też wybrałbym się do Zakopanego, no ale niestety sesja, i to 6 egzaminów :/

    OdpowiedzUsuń
  3. Gratuluje wszystkigo :)
    http://skokinarciarskie98.blogspot.com/2016/01/20-adam-maysz.html
    zapraszam do mnie również mam relację z Zakopanego ;)
    i dodaje do polecanych :)

    OdpowiedzUsuń