Nawet nie wiecie, jak się cieszę, że notka została dobrze przyjęta. Od wczoraj myślę, co zrobić z tym blogiem i w którą stronę pójść. Wolelibyście częste, ale krótkie notki typowo o autografach czy dłuższe, ale rzadziej, z relacjami z zawodów, wyjazdów? Dajcie znać w komentarzu, co myślicie. Powracając do tematu Zakopanego, przed wami druga część notki. Mam nadzieję, że Wam się spodoba.
W piątek po kwalifikacjach nie udałyśmy się pod hotel, ale wyszykowałyśmy się i ruszyłyśmy do Morskiego Oka. Wyjście tam uważałam zawsze za obowiązkowy punkt wizyty w Zakopanem. Już przy wejściu spotkała nas pierwsza niespodzianka - wstęp 10 zł. Kluby w moim mieście też tyle biorą, aczkolwiek wtedy kompletnie pominęłam ten fakt i wydawało mi się, że wejdę za free. Sam klub jest bardzo ładny. Ma dwie salę: jedna z muzyką typowo imprezową, a druga z disco polo. Bardziej podobało mi się oczywiście na tej pierwszej. Teraz pewnie to, co ciekawi Was najbardziej: czy spotkałam jakichś skoczków? Właściwie to nie. Widziałam tylko przedskoczków. Z tego co wiem to w sobotę i niedzielę bawiło się więcej zawodników. Może następnym razem wybiorę się tam w właściwy dzień. Nie jestem typem imprezowiczki, która bawi się cały weekend toteż piątkowy wypad w zupełności mi wystarczył.
Sobotni dzień podobnie jak piątkowy rozpoczęłyśmy od wizyty pod COSem. Ze względu na to, że późno się położyłyśmy, zaspałyśmy niestety na trening Polaków. Po nich pojawili się Finowie, jednak z tego dnia zdjęcie mam tylko z Jarkko, na którym wyszłam raczej słabo, więc nie będę go wam teraz pokazywać. Nasz pech w tym dniu przebił jednak wszystko, co do tej pory nam się zdarzyło. Pomyliłyśmy godziny i na skoczni pojawiłyśmy się godzinę później niż miałyśmy. W rezultacie straciłyśmy całą serię próbną. Na dodatek Wiki zapomniała wianka i wracając po niego straciła też pierwszą grupę serii punktowanej. Żeby jeszcze było śmieszniej, naszą pomyłkę odkryłyśmy dopiero przy ostatniej grupie pierwszej serii! To się nazywa mieć talent.
Konkurs był jednak na tyle ciekawy, że jakoś przebolałyśmy ten popis głupoty. Wydaje mi się, że tego dnia pod skocznią i wokół niej było najwięcej ludzi. Atmosfera była naprawdę przecudowna, a podium Polaków było w istocie wisienką na torcie. Po konkursie większość kibiców przeniosła się pod hotel, gdzie z ogromną radością witano każdego skoczka. Udało mi się wtedy zrobić zdjęcie z Cestmirem Koziskiem, na którym możecie zobaczyć mój zestaw kibica. Wspomnę jeszcze o fryzurze: mam upleciony warkocz, ponieważ dzień wcześniej podczas oglądania skoków zamarzły mi włosy. Brzmi dziwnie, ale to prawda. Po prostu było tak zimno, że gdy oddychałam para skraplała się na moich włosach. W rezultacie były w całości oszronione. Coś takiego nie zdarzyło mi się chyba nigdy wcześniej.
Szaleństwo pod hotelem było jednocześnie piękne i przerażające. Nie dziwię się zawodnikom, że nie zatrzymywali się rozdawać autografów. Sama nie stałam tam w tym celu, chciałam po prostu pogratulować Polakom, a w szczególności Andrzejowi, podium. Wszyscy jednak znikali bardzo szybko w budynku. Niektórzy, tak jak chociażby Maciek Kot, otoczeni ochroną. Kibice zostali wyproszeni spod hotelu krótko przy przyjeździe Kamila Stocha. Większość sobie poszła, ale kilka osób zostało i nie dalej jak po 30 minutach wróciłyśmy na poprzednie miejsce. Było już znacznie spokojniej, poza nami stało może z 5 osób. Udało nam się zdobyć wtedy kilka autografów, m.in. od udającego się do sklepu Andersa Fannemela. Widziałyśmy też wychodzących na miasto Szwajcarów. Wyglądali zupełnie inaczej niż zwykle, Luca w czarnym golfie i płaszczu prezentował się naprawdę dobrze.
W sobotę wieczorem dostałam też informację odnośnie planowanego wywiadu z Thomasem Morgensternem, na który zostałam wybrana do asystowania redaktorowi naczelnemu. Wydawnictwo pozwoliło nam go przeprowadzić przed konferencją prasową z udziałem Morgiego, która zaplanowana była na godzinę przed spotkaniem z kibicami. Na miejscu byliśmy już koło 9, by na spokojnie oczekiwać na Thomasa. Nasza czteroosobowa redakcyjna grupa była strasznie podekscytowana. Czułam się trochę jak podczas mojego wywiadu z Andrzejem Stękałą (na ten temat też powinnam zrobić wam notkę, ach tyle zaległości).
Wierzcie lub nie, ale gdy Thomas pojawił się na miejscu i przywitał się z nami to myślałam, że serce mi wyskoczy. Pierwszy i ostatni raz widziałam go na LGP w 2014 roku. Od tego czasu naprawdę się zmienił, wszyscy którzy byli na spotkaniach w Warszawie i Zakopanem pewnie potwierdzą moje słowa. Chociaż nie przeprowadzałam wywiadu to samo to, że mogłam wejść na konferencję prasową i słuchać go na żywo siedząc w pierwszym rzędzie było dla mnie spełnieniem marzeń. Odkąd zaczęłam pisać dla skokinews takich małych momentów jest coraz więcej i naprawdę się cieszę, że zdecydowałam się podążać drogą dziennikarstwa w redakcji, która daje mi możliwości rozwoju. Mam nadzieję, że moja współpraca z tą stroną będzie trwała jak najdłużej.
Wracając do Morgensterna, niestety nie udało mi się zrobić z nim zdjęcia. Mam jednak autograf w książce i na zdjęciach. Zdobyłam też podpis w książce koleżanki, której bardzo na tym zależało, a niestety nie mogła pojawić się na podpisywaniu. Sam moment spotkania z nim wspominam bardzo miło. Jak zwykle zatkało mnie kompletnie, mimo że kilka godzin wcześniej powtarzałam wszelkie niemieckie zwroty, które mogłyby się przydać. Udało mi się jakoś wydukać "danke schön", co przy moim jąkaniu się i tak można uznać za spory sukces.
Widząc ogromne tłumy ludzi w Piekiełku nie wchodziłyśmy już na tamte spotkanie. Pozostałyśmy jednak w COSie, ponieważ podobnie jak w poprzednie dni trwały tam treningi. Udało nam się złapać do zdjęcia Klemensa Murańkę oraz reprezentację Finlandii. Przed wyjazdem do Zakopanego uważałam, że Finowie są ponurzy i niezbyt sympatyczni. Myliłam się, Harri, Jarkko i Ville są naprawdę fajni. Szczególnie miło zapamiętam ostatniego z wymienionych, który jest bardzo kulturalny wobec kibiców i entuzjastycznie nastawiony do rozdawania autografów i robienia zdjęć. W ciągu całego weekendu widywałam go kilkukrotnie i zawsze był uśmiechnięty i sympatyczny. Ma dodatkowo świetny styl, czego byłam świadkiem w poniedziałek. Ville, gdzie kupiłeś te cudowne białe rurki? Ach rozmarzyłam się :D Gdzie ja byłam? A tak, niedziela, COS, autografy. Było wtedy naprawdę fajnie. Gdybym jeszcze nie wyglądała na zdjęciach na kompletnie niewyspaną to byłoby już całkiem idealnie.
W niedzielę postanowiłyśmy dość eksperymentalnie udać się pod hotel w czasie, gdy skoczkowie wyjeżdżali na skocznię. Była to dobra decyzja, ponieważ sporo zawodników zatrzymywało się by zrobić zdjęcia. Udało mi się cyknąć kilka szybkich selfie. Nie wyglądają one zbyt dobrze, ale gdy ma się dosłownie sekundę na zdjęcie to trudno jest stworzyć coś lepszego. Dla mnie są one głównie wspomnieniem z tego dnia, ponieważ z większością tych skoczków mam już ładne, pozowane zdjęcia. Te jednak też mają swój urok i chętnie wywołam je do podpisu. Najbardziej cieszy mnie zdjęcie z Adamem Małyszem, mimo że wyglądam na nim najgorzej. Nieważne jednak jak, ważne z kim.
Konkurs indywidualny wspominam bardzo dobrze. Uwielbiam obserwować skoki na żywo, mają zupełnie inną magię niż w telewizji. Gdy widzę piękny lot, myślę tylko o tym, że sport który wybrałam na mój najukochańszy jest po prostu przepiękny. Ostatniego dnia rywalizacji zdecydowanie się ociepliło i nie marzłam już tak straszliwie na dworze. Zimno dało się w znaki chyba wszystkim, bo gdy w przerwie między seriami wybrałam się po picie, w kupionym przeze mnie ice tea pływał lód. Dosłownie bryły zamrożonego napoju. Chyba ktoś za mocno podkręcił lodówkę.
W niedzielny wieczór liczba osób pod hotelem przerosła moje najśmielsze oczekiwania. Było głośno, kibice przepychali się po autografy, a zawodnicy w popłochu pakowali rzeczy czy jak Austriacy filmowali z okna dopingującą publikę. Doszło do wielu śmiesznych sytuacji, gdy autografy brane były od osób zupełnie niezwiązanych ze skokami narciarskimi czy kompletnie nieznanych. By pomóc Norwegom w pakowaniu sprzętu (nie potrafili się zdecydować czy spakować narty już teraz, czy dopiero rano) otworzono dodatkowe drzwi. Zapomniano wpuścić jednak Joachima, który zawzięcie pukał w szybę dopingowany przez stojące obok fanki. Daniel Andre Tande i Johann Andre Forfang doskonale bawili się misiem, którego pierwszy otrzymał w prezencie urodzinowym od jednej z fanek. W pewnym momencie zniknęli gdzieś Polacy, jak się potem okazało pojechali na spotkanie z prezydentem. Po ich powrocie udało mi się zrobić zdjęcia z Krzyśkiem Miętusem i Kubą Wolnym. Kolejny raz zniknął mi gdzieś Andrzej, więc do domu musiałam wrócić bez jego autografu.
Pod hotelem spotkałam jeszcze Niemców. Zdjęcie mam jednak tylko z Andreasem Wankiem. Po jakimś czasie wyszedł też do nas Sabirżan Muminov z którym ucięliśmy sobie krótką pogawędkę. Sabr naprawdę dobrze mówi po polsku, wszystko rozumie, a gdy czasem nie potrafi odpowiedzieć wspomaga się rosyjskim lub angielskim. To naprawdę przesympatyczny skoczek i żałuję trochę, że nie osiąga lepszych wyników w rywalizacji.
Jak się pewnie domyślacie, w tym momencie kończy się moja relacja. Na zakończenie dodam jeszcze, że zapamiętam ten czas z wielu różnych względów. Zakopane to w istocie magiczne miejsce, Smakuje dla mnie oscypkami i zapiekanką spod skoczni, a pachnie mrozem. Dziękuję Wiki, że wytrzymała ze mną ten tydzień, skoczkom za wspaniałe loty i cierpliwość do kibiców, wszelkim poznanym osobom za pomoc, pogawędkę o zawodnikach czy zwykły uśmiech. Wierzę, że wrócę tu jak najprędzej. Może już na PK, może później po przebudowie. Spokojnie odhaczam kolejny punkt na liście marzeń i z ogromną radością czekam na kolejne konkursy i wyjazdy.
Słowa podziwu dla wszystkich, którzy dotarli do końca tej notki. Mam nadzieję, że wam się podobało, zarówno zdjęcia jak i moja bezsensowna gadanina. Trzymajcie się ciepło.
Wasza Zuzia
















Zazdroszczę spotkania z Morgim. A relacja bardzo fajnie napisana.
OdpowiedzUsuńFajnie się czyta Twoje relacje :)
OdpowiedzUsuńBardzo fajna relacja ;) gratulacje :)!
OdpowiedzUsuńPisz tu częściej, bo lubię czytać Twojego bloga! ;-)
OdpowiedzUsuń